Płomień i Krzyż. Tom 2

Na ostatnich stronach drugiego tomu „Płomienia i Krzyża” prezentują się okładki wszystkich tomów inkwizytorskiej sagi. Z pewnym zaskoczeniem podliczyłem, że ksiąg spoza „głównej” serii jest już aż siedem. „Oryginalna” opowieść składa się z kolei tylko z czterech tomów. Czy można jeszcze narzekać, że autor nie wydał wyczekiwanej kulminacji, jeśli zdecydowanie nie można mu zarzucić porzucenia ani świata, ani bohaterów?

Po lekturze recenzowanej książki rozumiem i doceniam zamysł autora, by przed wydaniem wyczekiwanej „Czarnej Śmierci” dodać tu i ówdzie jeszcze kilka cegieł do uniwersum, trochę ciekawostek, tajemnic, zgrabnie uporządkować pewne wątki. Bowiem ten świat na to po prostu zasługuje.

Druga część historii o Arnoldzie Löwefell, inkwizytorze Wewnętrznego Kręgu, jest zdecydowanie inna niż poprzednie księgi. Sam bohater jest ciekawy – po tylu książkach o Mordimerze można mieć niestety dość tej postaci z jej nadmiernie czułym węchem i innymi Bardzo Charakterystycznymi cechami, o których autor bezustannie nam przypomina.
Ponadto ksiazka zmienia formułę, do ktorej jestesmy przyzwyczajeni – jest próbą połączenia ze sobą różnych postaci z cyklu, a nie klasycznymi już sprawami semi-kryminalnymi zahaczającymi o wątki supernaturalne.

Nie ma tu, może poza końcówką, specjalnie linii fabularnej łączącej kolejne rozdziały – te odpowiadają różnym ciekawym osobniczkom płci żeńskiej, które z tego czy innego powodu ważne są dla Löwefella, wpływają na jego życie i próby odzyskania pamięci sprzed czasów, gdy został inkwizytorem.

Zabieg jest odświeżający – wywołuje smutną refleksję, że wprawdzie poprzedni wydany tom – „Kościany Galeon” – był jedną z najciekawszych opowieści z cyklu, to czytając go miałem już zwyczajnie dość tej formuły.

Nie porzuciłbym wprawdzie tej serii – czytam ją od samego początku – ale z każdym kolejnym prequelem myślałem tylko ile jeszcze, nim dojdzie wreszcie do oczekiwanego od 2006 roku (OIDP) końca?

Tymczasem „Płomień i Krzyż tom 2”, układa i łączy wiele zdarzeń w uniwersum, wyjaśnia pochodzenie pewnych postaci, które poznaliśmy jeszcze w oryginalnym cyklu, wreszcie pozwala głębiej zapoznać się innymi równie ciekawymi, co tajemniczymi bohaterami, jak chociażby pamiętny Marius von Bohenvwald. Rozwija także o kolejne smaczki wyprawy do nie-świata, który o ile jest oczywistą „inkwizytorską” interpretacją świata astralnego/duchowego, to jest wciąż na tyle nieopisany, na tyle tajemniczy i groźny, że czytanie o nim nie nuży, a intryguje. Po raz pierwszy mamy też okazję zobaczyć wędrówki w nim wykonane przez bohatera, który nie musi obawiać się o każdą chwilę spędzoną w tej tajemniczej krainie, nie musi pędzić, ale może docenić wszystko, co może się tam zdarzyć.

Ponadto jest to po prostu dobra historia, opowiadająca o dziejach rozwijającego się w swych sztukach Arnolda, odnajdującego kolejne fragmenty z poprzedniego życia, gdy był on potężnym perskim magiem Narsesem.

Za to wszystko daję ogromny plus. Spodziewałem się kompletnie innej historii – dostałem odświeżenie i spięcie wątków.

Związywanie ze sobą postaci, wyciąganie innych zza grobu, a także dopisywanie pochodzenia znanych wcześniej bohaterów prowadzi niestety do negatywnego efektu – pomimo ogólnej rozbudowy uniwersum, zaczyna ono być bardzo małe. Wewnętrzny Krąg Inkwizytorium wydaje się być prowadzony przez wyłącznie trzy postacie. Wszyscy potężni bohaterowie muszą pochodzić w ten czy inny sposób od innych, poznanych wcześniej. Pomimo zapewnień narratora, że tajemnic jest multum i uchylony nam został tylko ich niewielki rąbek, jest mi w to zdecydowanie trudniej wierzyć niż przed lekturą tego tomu.

Innym problemem jest podobieństwo Arnolda, pomimo fascynującego pochodzenia i ciekawych zdolności, do znanego wszystkim Mordimera Madderdina. Różnice istnieją, oczywiście, ale i tutaj musimy wciąż czytać o byciu narzędziem w rękach Pana, którego to życie jest tak nieistotne w obliczu boskich (nieodgadnionych, rzecz jasna) planów. Zrozumiałe jest, że każdy inkwizytor poniekąd musi podzielać to myślenie – ale ile akapitów tych samych opisów możemy znieść, zanim będziemy przewijać całe strony. Strony wypełnione identyczną treścią, niezależnie od tego, jaką książkę z cyklu akurat czytamy.

Jak zawsze fascynujące jest posłowie autora, opisujące realia na których mniej lub bardziej wzorowane jest uniwersum – zdarzenia kulturalne, kulinaria, bankowość, a także, oczywiście, tortury. Chętnie przeczytałbym tom wypełniony czysto historycznymi faktami, na których Jacek Piekara się opiera – lektura tych kilku stron posłowia jest naprawdę bardzo ciekawa, a lekkie pióro autora wciąga jeszcze mocniej niż w samej fabule. I można odetchnąć od monologów wewnętrznych postaci… 😉

Cykl Inkwizytorski wciąż pozostaje zdecydowanie mocną pozycją na rynku polskiej fantastyki. Oczywiście jego „obrazoburczość” (Jezus Chrystus, który zszedł z krzyża i wraz z Apostołami wymordował połowę Jerozolimy) nie robi już takiego wrażenia jak w pierwszych tomach, niemniej Piekara stworzył bardzo ciekawy świat łączący brudne, brutalne średniowiecze z dobrej jakości fantastyką.

Wciąż jestem ciekaw, co kryje się w Wewnętrznym Kręgu Inkwizytorium, co jeszcze trzymane jest w Klasztorze Amszilas, jak może potoczyć się wojna z Palatynatem, jak poradzą sobie bohaterowie i otaczająca ich rzeczywistość z Czarną Śmiercią. I niech to będzie najlepszą rekomendacją.

Cieszę się tylko sam dla siebie, że przeszedłem na e-booki, bowiem Cykl w trakcie wydawania miał już trzy różne serie okładek… Auć.

Ogółem: 7/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *