Fallout New California

Gdzie deweloper nie dostarcza, tam działają fani.

Bethesda ma pecha – potrafią budować otwarte światy wypełnione toną ciekawostek, za to niespecjalnie radzą sobie z kwestią fabuły i postaci (przynajmniej od czasów Obliviona). Wydane przez nich Fallouty w pewnym sensie zrealizowały planowaną wizję, przenosząc klasyczną serię do trójwymiaru i pozwalając faktycznie poczuć się jak na pustkowiach.

Wykonywały to jednak, prezentując mdłe i nieporywające historie. Nie zwróciłoby się na to takiej uwagi, gdyby nie Fallout New Vegas. Obsidian, który tworzył ten tytuł, w czasach produkcji był po prostu dream-teamem jeśli chodzi o pisanie historii/questów/frakcji/postaci, dzięki czemu korzystając z silnika Fallouta 3 zrobili pełnego, rozbudowanego i przede wszystkim naprawdę dobrego erpga. Tak otwartego, pozwalającego tak dowolnie prowadzić historię, że jest uważany za szczytowy punkt serii przez wielu oddanych fanów.

Po jego wydaniu Bethesda nigdy nie zdecydowała się już na podnajęcie innego studia, by zrobili im Fallouta. Z większymi (khem) i mniejszymi sukcesami budują kolejne postapokaliptyczne tytuły, a fani 1+2+NV tylko wzdychają z tęsknoty.

Aż do momentu, gdy inni fani biorą sprawy w swoje ręce. Fallout: New California to „moderski” prequel do FNV, z autorską fabułą, postaciami – pełna oddzielna gra o rozmiarach dużego dodatku (~10h gry na jedno przejście). Opisuje on, jak przystało na serię opartą na Kryptach, losy bohatera uciekającego ze schronu, wrzuconego w czasy masywnej ekspansji frakcji New California Republic na pustynię Mojave.

Gra korzysta z rozbudowanych mechanizmów FNV, ale już na samym początku nakazuje podjąć decyzję, czy czujemy się bardziej Naukowcem czy Wojownikiem. Definiuje to wiele możliwych opcji rozwiązywania problemu, jednocześnie kierując mniej lub bardziej delikatnie nas w stronę możliwych frakcji.

Właśnie – frakcje. FNV pokazał nam, że erpeg rozgrywający się w rozwijającym się świecie pełnym konfliktów nie jest grą wyborów, jeśli nie jest nam dane zrozumieć motywów skonfliktowanych stron i zdecydować czy chcemy je wspierać. NC rozwija ten temat doskonale – każde z dużych linii zadań pozwala nam płynnie dokonywać wyborów, które coraz mocniej definiują nasze relacje z różnymi stronnictwami.

Frakcje przedstawiane są przez ich przywódców – i nawet jeśli są to czasem postacie proste i zdeterminowane w swych celach, to napisane tak, że możemy uwierzyć w ich intencje i je zrozumieć. Dodatkowo efekty współpracy są niebanalne – oj, byłem pod wrażeniem w jaki sposób potoczyły się dalsze losy postaci, którym namieszałem.

Wątek główny, do którego też musi dojść, jest bardzo klasyczny. W dobrym sensie – nawiązuje do klasyków (pierwszego i drugiego Fallouta) mocno, ale z sensem (może pomijając jeden szczegół dotyczący originu postaci, o którym dowiadujemy się w kulminacji gry). Jest intensywny, chwilowo zahacza o horror i groteskę, w bardzo ciekawy sposób rozwija lore ukochanych pustkowi, jednocześnie w taki sposób, że w żadnych stopniu nie kłóci się z innymi grami z serii. Kolejna rzecz, której przecież fani pilnują zdecydowanie mocniej niż obecni developerzy.

New California prezentuje nam ciekawą mechanikę, mianowicie nie ogranicza liczby towarzyszących nam kompanów. Z jednej strony sprawia to, że jest zdecydowanie prościej jeśli chodzi o potyczki, z drugiej miałem ogromną satysfakcję, gdy moja potężna drużyna złożona z dwóch ludzi, dwóch robotów i zazwyczaj jeszcze jakichś „tymczasowych” towarzyszy jest w stanie roznieść wszystko w piach. Dodajmy, że jeden ze wspomnianych robotów jest po prostu OP – ale że może go posiadać tylko Naukowiec, jest w tym pewna logika :).

Zarówno wątek główny, jak poboczne, jak wreszcie same relacje z przedstawicielami frakcji i innymi NPC, pozwalają nam szeroko i gęsto korzystać z lubianych przez fanów klasyków skill checków – być może aż do przesady, ale można być pewnym, że wysokie wartości rozmaitych umiejętności pozwalą nam wybrnąć z paskudnych sytuacji czy sprowokować do nietypowych akcji. Uwielbiam to uczucie, gdy prawie każdego można „przegadać”.

Nie jest, oczywiście, idealnie. Gra nie zachwyca ilością ani jakością questów pobocznych. Nasi towarzysze po opuszczeniu startowej Krypty nie mają już wiele do powiedzenia. Rozległe pustkowie jest w większości puste, przedzielone szczytami górskimi uniemożliwiającymi sprawne poruszanie się pomiędzy lokacjami przed odblokowaniem szybkiej podróży. Jak przystało na rozbudowanego erpega od małego studia, zdarzają się też rozmaite bugi, czasem psujące postęp, jeśli nie zachowamy się tak, by gra „zauważyła”, że pożądany przez nią cel został osiągnięty.

Nie zmienia to faktu, że jest to najlepszy Fallout w jakiego grałem od lat. Cierpliwym sugeruję poczekać, aż New California oficjalnie wyjdzie z bety (planowane jest to na koniec roku), pozostałym częste zapisywanie. Jako smaczek dodam, że NC jest projektowany jako prequel pełną gębą i po ukończeniu jego historii będzie możliwe przeniesienie postaci do New Vegas.

Warto również czekać na Fallout: The Frontier, który z kolei realizowany przez inny zespół moderów, będzie kontynuacją New Vegas.

Ocena: 8/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *